ŁUKASZENKO DYKTATOR W KOŁCHOZIE BIAŁORUŚ MICHAŁ KACEWICZ
Newsweek 2007, str. 152, stan bdb
„Dla starych aparatczyków pojawienie się na salonach krzykliwego Łukaszenki było tylko stanem przejściowym, chwilą słabości, zanim nomenklatura się nie uwłaszczy, nie przejmie majątku i władzy. Strasznie się pomylili. Łukaszenko chciał rządzić. O tym marzył, tak sobie wyobrażał władzę deputowanego. W toczącej się między frakcjami wojnie potężną bronią były parlamentarne komisje śledcze. I tak pojawił się pomysł, by pyskaty dyrektor Łukaszenko dostał komisję do spraw korupcji. Inicjatywa wyszła z ław opozycji. Demokraci i nacjonaliści myśleli, że zajadły krytyk nomenklatury, który występując na mównicy nieraz już gromił łapowników dyrektorów, będzie wyśmienitym batem na urzędników Kiebicza. i tak było na początku. Komisja pod kierownictwem Łukaszenki wywlekała przed kamerami ciemne sprawki ministrów, deputowanych i urzędników. To ktoś przejął, nic nie płacąc, działkę, ktoś inny dostał samochód służbowy, którym jeździła żona. Łukaszenko korzystał z napływających z całego kraju stosów listów donosów. Stał się popularny, bo obrady komisji i oskarżycielskie tyrady Łukaszenki transmitowała telewizja i szeroko komentowała prasa. Ludzie pisali donosy, a deputowany ze Szkłowa, dodając do każdej historii to i owo od siebie, gardłował, jak to bieda w kraju, a spasieni dyrektorzy kupują wille w Cannes (w rzeczywistości nikomu się wtedy o takich luksusach nie śniło,-nawet dla najbogatszych aparatczyków szczytem możliwości była dacza pod Mińskiem i nowa wołga). Ale ciężkie zarzuty szefa antykorpucyjnej komisji oddziaływały na wyobraźnię".
„Dla starych aparatczyków pojawienie się na salonach krzykliwego Łukaszenki było tylko stanem przejściowym, chwilą słabości, zanim nomenklatura się nie uwłaszczy, nie przejmie majątku i władzy. Strasznie się pomylili. Łukaszenko chciał rządzić. O tym marzył, tak sobie wyobrażał władzę deputowanego. W toczącej się między frakcjami wojnie potężną bronią były parlamentarne komisje śledcze. I tak pojawił się pomysł, by pyskaty dyrektor Łukaszenko dostał komisję do spraw korupcji. Inicjatywa wyszła z ław opozycji. Demokraci i nacjonaliści myśleli, że zajadły krytyk nomenklatury, który występując na mównicy nieraz już gromił łapowników dyrektorów, będzie wyśmienitym batem na urzędników Kiebicza. i tak było na początku. Komisja pod kierownictwem Łukaszenki wywlekała przed kamerami ciemne sprawki ministrów, deputowanych i urzędników. To ktoś przejął, nic nie płacąc, działkę, ktoś inny dostał samochód służbowy, którym jeździła żona. Łukaszenko korzystał z napływających z całego kraju stosów listów donosów. Stał się popularny, bo obrady komisji i oskarżycielskie tyrady Łukaszenki transmitowała telewizja i szeroko komentowała prasa. Ludzie pisali donosy, a deputowany ze Szkłowa, dodając do każdej historii to i owo od siebie, gardłował, jak to bieda w kraju, a spasieni dyrektorzy kupują wille w Cannes (w rzeczywistości nikomu się wtedy o takich luksusach nie śniło,-nawet dla najbogatszych aparatczyków szczytem możliwości była dacza pod Mińskiem i nowa wołga). Ale ciężkie zarzuty szefa antykorpucyjnej komisji oddziaływały na wyobraźnię".